Rock nie jest tylko wydarzeniem. Jest sposobem myślenia i przeżywania świata. Jest próbą zrównoważenia ducha i ciała. To bardziej wiara niż umysł, w to, że istnieje miejsce, w którym niewinni i nieskrępowani, możemy cieszyć się kawałkiem własnej ziemi.

Wino to siła, wino to pragnienie, wino to przyjaźń ze światem, innym człowiekiem, sobą samym. Wino to muzyka, którą można powąchać, dotknąć i połknąć. Wino to myśl, której nie da się utrwalić, ale można powtórzyć. Wino to brzeg oceanu, który można przybliżyć do ust.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Przystanek Prosecco (spotkanie z Maurizio Favrel z winnicy Malibran)

Niedzielne wnętrze tramwaju nr 14

Dobre prosecco jest jak pusty tramwaj w letnie popołudnie. Po prostu odpręża i nie pozwala myśleć o niczym, co by nas obciążało. Tak właśnie zawsze sobie je wyobrażam. I tak właśnie będę tu pisał, prosto spod strzechy, spod serca wrażeń, i rozweselającej nawet najbardziej ponure dni przyjemności.


Na pierwszy ogień poszło już coś, co znam odkąd tylko zagościło na półce czyli kochana, spieniona niczym fale wzburzonego morza Sottoriva. Świeżość, treść, podnoszące na duchu lekko zmęczonego bytem człowieka. Znam, lubię i szanuję. Piłem w różnych okolicznościach... Z kobietą i bez. Jeśli ktoś nie boi się odrobiny wytrawności, więcej niż w przeciętnym brucie, to wino jest wymarzonym ukojeniem zgrzanych gorącym latem umysłów. Moja klasyka.

od lewej: Gorio, Sottoriva, Ponte Ros,
Sottoriva bez siarczynów i 5 Grammi


Numero due to wersja bez siarczynów, i co więcej wino tylko z jednego rocznika Sottoriva Col Fondo Senza Solfiti Aggiunti 2012. Bardziej aromatyczne, wyższa kwasowość z nutą niedojrzałego jabłka, bardziej pobudzające od poprzedniczki, bardziej do amu-amu. Wolę jednak klasykę, z siarczynami. Ale wino ciekawe i warte porównania. Jak kto woli. Ja pozostaję przy mojej małej, dla mnie ma tyle siarczynów i reszty ile trzeba. A anorektyczne wina bez, olewam, kobieta musi mieć kształty.

Prosecco i zadowolona kobieta
Potem przeszliśmy w odcienie bardziej dla Narodu, wina z cukrem resztkowym, co przy bąbelkach z mojego doświadczenia zawsze lepiej czuć niż bez. Ponte Ros jak ponętne, tak mi się skojarzyło, i takie nieco było, delikatny nos, ale usta pełne a i wypełniające, a i nawet ludziom nie obytym by się całkiem podobało, parafrazując Świetlickiego, z miłą końcówką słodko-owocową. Bam!

Następna zabawka to ładnie przylegające Prosecco 5 Grammi Brut 2012, o zrównoważonych ustach, które da się podsumować w żołnierskich słowach: uczciwe a przy tym ujmujące wino. Nie pamiętam co tam dokładnie czułem, ale ze wszystkich wyróżniało się spokojem i umiarem w duchu i ciele. Eleganckie.



Ekspresja Ruio (fot.: internet) 
Po nim przeskok w inną bajkę, Ruio Extra-dry to wciągający, aromatyczny, ponętny (również) nos-ek, jak w butach typu Reebok Freestyle. I bardzo podobne usta, z charakterystyczną nutą Tussipectu, pamiętacie? Taki syrop na kaszel, czyli mieszanka owoców pokroju brzoskwini, ananasa z migdałowym wcięciem. Miałem ochotę na dokładkę, jak dziecko na kolonii, co rzuca się na dodatkową porcję i krzyczy głośno "Ja"!


I wreszcie już klasyka sprzedaży Gorio, wino które ma rzeszę odbiorców, sam byłem świadkiem sprzedaży tego wina "na kartony". Ze swym pełnym i ekspresyjnym temperamentem w ustach ,podkreślonym wesołym owocem i przyjemną słodyczą na końcówce, jest jednym z lepszych extra dry jakie miałem okazje pić. Wino bardzo medialne i towarzyskie. 






Maurizio Favrel z Malibran (na wprost)


Wszystkie wina w Krakowie są dostępne w sklepie La Wina przy ul. Asnyka 7
W degustacji uczestniczyłem na zaproszenie importera Vini e Affini
Spotkanie odbyło się w coraz to bardziej popularnym miejscu: Lipowa 6F 



wtorek, 8 kwietnia 2014

Zielona kreseczka czyli inauguracja Naturalistów

Malvasia po dłuższej maceracji (wino pomarańczowe)
Donati - wino po respiracji.
Poszedłem tam (Winosfera, Plac Szczepański 8*), bo myślałem, że wybiera się cała branża miejscowych. A tu przychodzę parę minut po umówionym zegarze, i pusto… Janicki układa jeszcze ostatnie kanapki o których tak hipstersko napisał w menu. Ale dobra, schodzą się… Uff. Nie będzie mi głupio, bo jak już niektórzy zdążyli zauważyć nie jestem wielkim zwolennikiem działań Kuby Janickiego. Nie głupi chłop, znam go już dobrych parę lat, można się z nim napić, chociaż coraz trudniej podzielać mi jego miłość do „naturalnych”. I tu okręt tonie, owszem zdarzają się tu rzeczy nad wyraz ciekawe, ale niestety spora część tych „arcydzieł” w dalszym ciągu dla mnie to wersja „luksusowego bobo-frutu” czy soku wytrawnego. Nie jest to tylko moja opinia, biesiadując z jednymi z moich ulubionych współtowarzyszy „dobrego kieliszka” Ewą O. & Grześkiem O. wspólnie doszliśmy do wniosku, że takie wina to po prostu pomyłka. Przerzuciliśmy się szybko na Barberę d’Asti, tej promowanej przez Naturalistów, z osiołkiem na etykiecie z różą, makiem czy innym czerwonym kwiatuszkiem w paszczy. Dobre wino, aczkolwiek bardzo delikatne względem standardowej funkcji barbery, mniej tanin, wyższa kwasowość i wyraźny owoc, to o co chodzi Naturalistom. I tu ok., pytanie jeszcze tylko o cenę, bo wczoraj (6.04. tj. niedziela) były one jednolite, dla każdej butelki 45 pln, i 8 pln za kieliszek.  Innym, już winem, było soczyste i  z pazurkiem Chianti Sensi, jeżeli cena oscyluje w granicach 50 pln, to mogę się zgodzić, chociaż wolałbym spróbować jeszcze raz ;) Tyle wina.


Przysłuchujemy się chórowi
Teraz oprawa i atmosfera. Ludzie dopisali, Janicki się sprawdził, jak chce to potrafi. W końcu obserwuje trendy i choreografię w Polsce jak mało kto J Taki ma fach, „musi” być na bieżąco, nie to co ja, pielgrzym bez dna ;) Po jakiejś dłuższej chwili kobieta zza baru krzyczy: Wszyscy na Plac, zaraz odbędzie się koncert autentycznego chóru!!! Rzeczywiście był chór i zaśpiewał. Trochę jak w kościele, ale dla kontrastu, czemuż by nie, parafrazując tekst Świetlickiego, Jego jak znów oczywiście nie było. Wybaczam  mu kolejny raz, z miłości do Jego nieobecności ;) Nie było Świetlickiego, ale gdy zostałem sam pośród tych „wampirów”, bo to nie moja paka, aczkolwiek paru bym przytulił, bo miłość jest wszędzie. Poczułem się nieco jak w scenie z filmu The Doors, w klubie Ondine w Nowym Jorku, gdy Morrison vel. Kilmer mówi: zostańmy tu, dziś może zdarzyć się wszystko, nawet może śmierć. A Ray vel. MaClachlan odpowiada mu: spadamy stary, to wampiry. Jim został, a jakiś karzeł z białymi włosami zaprowadził go do Warhola, który wręczył mu telefon, by porozmawiał z Bogiem. Strange Days. I tak końcówka wieczoru dla mnie wyglądała, nie kumałem klimatu, czułem się nie w tej bajce… Klub Ondine ’67. A kiedyś myślałem, że to takie maczanie palców w magicznej wielokulturowości, gdzie świat realny przeciera się ze światem wizji i kreacji. Wolę na łąkę. Życzę Naturalistom Powodzenia, pocztówki z sesją zdjęciową trochę infantylne, i nie kojarzące się z winem, mi się to podoba, bo jak mawia mój stary znajomy; dosłowność zabija. Zielona kreseczka jest szczytem finezji ;) Jestem ciekaw.


   *Sam lokal ma być otwarty, z tego, co wiem, na Kazimierzu, ale najlepiej śledzić samych Naturalistów http://naturalisci.pl/ 
   



  
  









sobota, 5 kwietnia 2014

Aniołom i pustce (wiecznej egzystencji)

Jednemu z najpiękniejszych obrazów świata, Niebu nad Berlinem


Chce mi się płakać, na chwilę stałem się dzieckiem kosmosu, wtedy, kiedy wszystko było uprzywilejowane. Gdy młodość wydawała się nieskończonym snem, a każdy ruch świętym ogniwem. Każdy dzień wydawał się obietnicą czegoś wielkiego, nieprzeciętnego, naznaczonego mianem nieśmiertelnego pragnienia wyzwolenia się (chyba) od siebie samego. Dziś, choć coraz trudniej stać się bohaterem we własnych oczach, wino podtrzymuje na duchu, personalizuje ból, pustkę i żal do siebie samego. Że nie było się bandytą dobrej nadziei, ścigającym się z całym światem, chwytającym wszystko za gardło, wiernym i szczerym tylko wobec siebie. Nie pozwalającym sobie wmówić na siłę zrodzonego sensu życia. Gdy przychodzą obojętne fale zimnej rzeczywistości niczym naturalna konsekwencja, jak każdej zresztą egzystencji. Że świat tak naprawdę nie ma dotyku, że jest fantomem, iloczynem sztuczek, kombinacją czasu, który chytrze wdziera się w nasze głowy, czyniąc nas mądrzejszymi? Nie wiem, jeszcze nie czas. Teraz boli, nie powiem co, bo to moja słodka tajemnica, być może zasnę z nią, zamykając się w którąś z gwiazd, i będę milczał... Na zawsze Forever Young.







Zwierzenie po kieliszku (umierające frizzante pod osłoną nocy)

Dla G. 
(i Kurta Cobaina)

Są wina które złamały mi serce, jedno z takich właśnie popijam teraz. Piłem je ostatni raz ostatniej nocy 2013. Noc która zmieniła moje życie. Nowy Rok stał się okrutnym Nights in White Satin. Miłość nie posiada barwy, ale ma nieskończoną ilość odcieni, które potrafią wypełniać sny i zmieniać dotychczasową rzeczywistość w jeden z nich, w którym trudno połapać się gdzie jest początek, a gdzie koniec. Przyzwyczajamy się, przyłączamy jak podczas wiecu, do jakiejś idei, idei dwojga ludzi. Lecz na nic one i myśli, kiedy słów brak na to, co głęboko pod skórą, co jak przypływ wraca, i czyni z serca bezludną wyspę. Czasem nie wiemy, co tak naprawdę czyni nas tym kim jesteśmy. Od 2014 stałem się duchem, połykam powietrze i piję z całym światem, lecz ten świat milczy, jest wytworem tylko moich ambicji, oczekiwań...

Bez miłości jesteśmy jak pokruszona stal
jak czarno-biały ekran bez jednego widza
nieskończona ilość porównań
pozbawiona sensu
zmyślona wersja nas samych











środa, 2 kwietnia 2014

Lekkość wypitego wina w terenie (Wspomnienie lata 2013) czyli Pragnienie Przyjemności

Pora co prawda nie ta, ale mniej więcej rok temu wypiłem ostatnią butelkę na łonie natury dla 2012. W tym już chyba się nie uda, chociaż kto wie. Ale chcę napisać o tym co udało mi się wypić w tym roku, ile butelek "pękło" pod chmurką. Dla mnie to jedna z najpiękniejszych rzeczy w życiu. Móc usiąść na polanie czy nad brzegiem rzeki i napić się dobrego wina, przegryzając go kawałkiem bagietki, chleba, sera, czy czymkolwiek, co by do niego pasowało. Są wina terenowe i mniej terenowe, bez wątpienia lepiej się sprawdzają wina bardziej owocowe, świeże lub te o głębszej strukturze, ale nie przesadzonej formie. Wina proste, ale ciekawe, z wyższą kwasowością... Powiem, że trzeba mieć nosa do takiej kombinacji. Znam takiego człowieka, to Kamil Grygoyć, mały, a wielki, zajmujący się sprowadzaniem wina do Polski od kilku dobrych lat. Dlaczego mały, a dlaczego wielki? Bo nie słychać wiele o nim, a zawsze sporo dzieje się wokół jego win. Specyficzna osobowość, trochę narwana, trochę nerwowa, ale nosa ma. Wina sprowadzane przez niego to wina, a nie podgrzewane dżemy dla otyłych w swych smakach beczkowców. Te wina się pije i trawi z lekkością bytu. Zrobię łyka... Ok, jestem. Gdybym miał wybrać wino w kategorii "Najlepsze wino do wypicia w terenie", na pewno któreś dostałoby medal. Pierwszym najlepszym tego przykładem jest zresztą ubiegłoroczny medalista "Soif de Plaisir" (Grand Prix Magazynu Wino), co znaczy Pragnienie Przyjemności. Wino o pięknej strukturze, z nieprzesadzonym, a wyewoluowanym owocem, dużo leśnych czerwonych, dużo soczystości i elegancji w kwasowości i ogóle. Pije się, delikatnieje i dojrzewa z każdym łykiem, a podane lekko schłodzone (ok.16 st.) nad brzegiem Wisły - pełen romantyzm w sercu śródmiejskiej, zurbanizowanej i umęczonej duszy. Brawo Kamil! 


Love

                                

Wino obecnie dostępne w Szlachetnym Gąsiorku (59 PLN)


wtorek, 28 stycznia 2014

O rocku inaczej

dla G. 

Nie lubię kogoś takiego jak Kora. Nie zgadzam się, że muzyk czy poeta, by doświadczyć niezwykłości istnienia, musi wspomagać się różnymi substancjami, a marihuaną już przede wszystkim, która moim zdaniem, zwalnia z odpowiedzialności w sensie czysto egzystencjalnym, i tylko symuluje wolność. Żadne, ale to żadne środki nie pozwalają zrozumieć czym jest duch ludzki i jego współistnienie z resztą. Ja szukam w tej muzyce pojednania i zrozumienia, a nie tylko wygodnego sposobu na ominięcie tematu jakim jest ludzka samotność lub z dużą wiarą w sercu szansa na jedność.

Patti Smith pije Château Rimbaud 2006

Kiedyś jeden z przyjaciół Ryśka Riedla, także muzyk, powiedział, wiosłując na jeziorze, że: rock byłby naprawdę silny, gdyby nie narkotyki.

Miłość nie potrzebuje żadnych wspomagaczy, sama jest w sobie największym odlotem. Miałem okazję w wieku 18 lat, kiedy to odkrywa się dla siebie po raz pierwszy świat, który nie wiele ma wspólnego ze światem rodziców, spróbować LSD, nie wiem o jakim natężeniu było, ale powiem wam, że więcej w tym było seksu niż transcendencji. Chociaż nie powiem, by nie było przyjemnie... Jednak niczego takiego wielkiego nie odkryłem. Prawdziwą sztuką jest odbierać świat w pełni na trzeźwo, najlepiej z drugą osobą. Nie mam nic przeciwko eksperymentom, sam to robiłem, młodość ma swoje prawa. Ale nie zgadzam się z propagandą, że marihuana powinna być legalna, nie wierzę w odpowiedzialność większości. Natomiast absurdem i naruszeniem praw człowieka jest karanie kogoś za posiadanie nie wielkiej ilości. Ale mnie to nie interesuje, bo nie palę, nie wierzę po prostu w jej systematyczne przyjmowanie. W ogóle w nie wiele "wierzę", ale wiem, że jesteśmy sobie potrzebni. Dlatego wierzę w zbiorowe przeżycie i jego znaczenie w naszym życiu. 

z doświadczenia własnego, czytania Sartre'a i wujka Becketta, a także paru prób z tak zwanymi "miękkimi narkotykami"
(polecam wino... i The Clash, które teraz nabija mi wręcz podniebny rytm)


Marzył mi się zespół, który jednałby dusze, muzyka która wsłuchiwałaby się w naturę rzeczy. I tak naprawdę nie wierzę egzystencjalistom, zwłaszcza Sartreowi, temu mało pociągającemu okularnikowi, który figuruje na zdjęciach jak ostatnie pożądanie. Truffaut miał o wiele czulszą twarz, choć nota bene był podobno gorliwym czytelnikiem Jean-Paula. Do diabła z tym! Wierzę w morze. Samotność i miłość, które na przemian wypełniają się jak czerń i biel. 




czwartek, 7 listopada 2013

O winie i nudzie pisania

kadr z filmu STRANGER THAN PARADISE 
Zastanawia mnie jeden fakt, jaki sens ma codzienne pisanie o winie? Prócz ewentualnych korzyści finansowych i poklasku, szumu wokół siebie. Szum się przydaje w interesach, to wiemy, proste jak drut. Ale poza tym, to głęboko się zastanawiam, jak coś, co służy do wypicia, tak bardzo potem wychodzi stuk-puk, przez palce. To raczej gul-gul jest odpowiednią onomatopeją. No, wiadome, już symboliści próbowali przyrównać poezję do muzyki, ale "tu" u piszących o winie, to nie procenty, pejzaże, miraże i po-ta-taj, po-ta-taj, a lanie wody, i zmyślanie nudy do ętej niepojętej. Bieńczyk ratuj! Napisz coś, na Boga o winie, tak bym się przewrócił siedząc wygodnie. Codziennie jak otwieram FejsOgarniającego, to wprost wychodzę ze zdumienia, ile tych wpisów na temat czegoś tak prostego i w pewnym sensie prozaicznego jak picie wina. Przecież są inne zakręty, inne wersje penetracji własnej, nie powiem czego, z przyzwoitości mimo wszystko we mnie. Ale dobra, godzę się na ten beckettowski stos. Ten Dzień Świra z moją nieobecnością, artaudowską mumią gestów i słów, duszą w popiele ziemi jałowej. Ale czy wino musi tylko pasować do danej potrawy, coraz to dziwniejszej, czasem wręcz makabrycznej. Czy burger, choćbym nie wiem jak z czystego mięsa, świętej krowy musi łaknąć wina. Czy nagła moda, w nagłej Polsce, nagle wszystko musi przyjąć, jak ten wynalazek, który kojarzy mi się ze sceną finałową w "Pod wulkanem". Czy nie można myśleć o winie, jako o drodze bez końca, wiecznie nie zaspokojonym pragnieniu zaznania spokoju. Gdzie fale łagodnie niosą, łagodnie sponiewieranego przez sztormy życia Odyseusza. Gdzie dzień dopija resztki jego nadziei, cudownie opromieniając jego nagą duszę z dnia poprzedniego. Dlaczego sprowadzacie wino do roli lampy ulicznej, kiedy ono jest słońcem nieskończoności, słodkich powtórzeń, aur nie do zmierzenia przez ludzką miarę, iluminacją na szczycie wzniosłego nastroju. Dlaczego je trywializujecie i siłą zaciągacie na salony, ubierając je w kostiumy jak hologram. Dajcie mu wolną dłoń i rozum dziecka. Dajcie mu na siebie na krzyczeć, splamić się, aż wreszcie wybawić od rutyny i powtarzalności dnia powszedniego. Dajcie mu zaśpiewać, dajcie mu głos, głośny, donośny, i w końcu ten skryty w sobie. Pochylmy głowę ku ziemi, a gwiazdy będą świecić jeszcze wyraźniej. Napijmy się, a nie opluwajmy.