Rock nie jest tylko wydarzeniem. Jest sposobem myślenia i przeżywania świata. Jest próbą zrównoważenia ducha i ciała. To bardziej wiara niż umysł, w to, że istnieje miejsce, w którym niewinni i nieskrępowani, możemy cieszyć się kawałkiem własnej ziemi.
Wino to siła, wino to pragnienie, wino to przyjaźń ze światem, innym człowiekiem, sobą samym. Wino to muzyka, którą można powąchać, dotknąć i połknąć. Wino to myśl, której nie da się utrwalić, ale można powtórzyć. Wino to brzeg oceanu, który można przybliżyć do ust.
Są wina które złamały mi serce, jedno z takich właśnie popijam teraz. Piłem je ostatni raz ostatniej nocy 2013. Noc która zmieniła moje życie. Nowy Rok stał się okrutnym Nights in White Satin. Miłość nie posiada barwy, ale ma nieskończoną ilość odcieni, które potrafią wypełniać sny i zmieniać dotychczasową rzeczywistość w jeden z nich, w którym trudno połapać się gdzie jest początek, a gdzie koniec. Przyzwyczajamy się, przyłączamy jak podczas wiecu, do jakiejś idei, idei dwojga ludzi. Lecz na nic one i myśli, kiedy słów brak na to, co głęboko pod skórą, co jak przypływ wraca, i czyni z serca bezludną wyspę. Czasem nie wiemy, co tak naprawdę czyni nas tym kim jesteśmy. Od 2014 stałem się duchem, połykam powietrze i piję z całym światem, lecz ten świat milczy, jest wytworem tylko moich ambicji, oczekiwań...
Bez miłości jesteśmy jak pokruszona stal
jak czarno-biały ekran bez jednego widza
nieskończona ilość porównań
pozbawiona sensu
zmyślona wersja nas samych
Pora co prawda nie ta, ale mniej więcej rok temu wypiłem ostatnią butelkę na łonie natury dla 2012. W tym już chyba się nie uda, chociaż kto wie. Ale chcę napisać o tym co udało mi się wypić w tym roku, ile butelek "pękło" pod chmurką. Dla mnie to jedna z najpiękniejszych rzeczy w życiu. Móc usiąść na polanie czy nad brzegiem rzeki i napić się dobrego wina, przegryzając go kawałkiem bagietki, chleba, sera, czy czymkolwiek, co by do niego pasowało. Są wina terenowe i mniej terenowe, bez wątpienia lepiej się sprawdzają wina bardziej owocowe, świeże lub te o głębszej strukturze, ale nie przesadzonej formie. Wina proste, ale ciekawe, z wyższą kwasowością... Powiem, że trzeba mieć nosa do takiej kombinacji. Znam takiego człowieka, to Kamil Grygoyć, mały, a wielki, zajmujący się sprowadzaniem wina do Polski od kilku dobrych lat. Dlaczego mały, a dlaczego wielki? Bo nie słychać wiele o nim, a zawsze sporo dzieje się wokół jego win. Specyficzna osobowość, trochę narwana, trochę nerwowa, ale nosa ma. Wina sprowadzane przez niego to wina, a nie podgrzewane dżemy dla otyłych w swych smakach beczkowców. Te wina się pije i trawi z lekkością bytu. Zrobię łyka... Ok, jestem. Gdybym miał wybrać wino w kategorii "Najlepsze wino do wypicia w terenie", na pewno któreś dostałoby medal. Pierwszym najlepszym tego przykładem jest zresztą ubiegłoroczny medalista "Soif de Plaisir" (Grand Prix Magazynu Wino), co znaczy Pragnienie Przyjemności. Wino o pięknej strukturze, z nieprzesadzonym, a wyewoluowanym owocem, dużo leśnych czerwonych, dużo soczystości i elegancji w kwasowości i ogóle. Pije się, delikatnieje i dojrzewa z każdym łykiem, a podane lekko schłodzone (ok.16 st.) nad brzegiem Wisły - pełen romantyzm w sercu śródmiejskiej, zurbanizowanej i umęczonej duszy. Brawo Kamil!
Nie lubię kogoś
takiego jak Kora. Nie zgadzam się, że muzyk czy poeta, by doświadczyć niezwykłości
istnienia, musi wspomagać się różnymi substancjami, a marihuaną już przede
wszystkim, która moim zdaniem, zwalnia z odpowiedzialności w sensie czysto egzystencjalnym, i tylko symuluje
wolność. Żadne, ale to żadne
środki nie pozwalają zrozumieć czym jest duch ludzki i jego współistnienie z
resztą. Ja szukam w tej
muzyce pojednania i zrozumienia, a nie tylko wygodnego sposobu na ominięcie
tematu jakim jest ludzka samotność lub z dużą wiarą w sercu szansa na jedność.
Patti Smith pije Château Rimbaud 2006
Kiedyś jeden z
przyjaciół Ryśka Riedla, także muzyk, powiedział, wiosłując na jeziorze, że:
rock byłby naprawdę silny, gdyby nie narkotyki.
Miłość nie potrzebuje
żadnych wspomagaczy, sama jest w sobie największym odlotem. Miałem okazję w
wieku 18 lat, kiedy to odkrywa się dla siebie po raz pierwszy świat, który nie
wiele ma wspólnego ze światem rodziców, spróbować LSD, nie wiem o jakim
natężeniu było, ale powiem wam, że więcej w tym było seksu niż transcendencji.
Chociaż nie powiem, by nie było przyjemnie... Jednak niczego takiego wielkiego
nie odkryłem. Prawdziwą sztuką jest odbierać świat w pełni na trzeźwo,
najlepiej z drugą osobą. Nie mam nic przeciwko eksperymentom, sam to robiłem,
młodość ma swoje prawa. Ale nie zgadzam się z propagandą, że marihuana powinna
być legalna, nie wierzę w odpowiedzialność większości. Natomiast absurdem i
naruszeniem praw człowieka jest karanie kogoś za posiadanie nie wielkiej
ilości. Ale mnie to nie interesuje, bo nie palę, nie wierzę po prostu w jej
systematyczne przyjmowanie. W ogóle w nie wiele "wierzę", ale wiem,
że jesteśmy sobie potrzebni. Dlatego wierzę w zbiorowe przeżycie i jego
znaczenie w naszym życiu.
z doświadczenia własnego,
czytania Sartre'a i wujka Becketta, a także paru prób z tak zwanymi
"miękkimi narkotykami"
(polecam wino... i
The Clash, które teraz nabija mi wręcz podniebny rytm)
Marzył mi się zespół,
który jednałby dusze, muzyka która wsłuchiwałaby się w naturę rzeczy. I tak
naprawdę nie wierzę egzystencjalistom, zwłaszcza Sartreowi, temu mało
pociągającemu okularnikowi, który figuruje na zdjęciach jak ostatnie pożądanie.
Truffaut miał o wiele czulszą twarz, choć nota bene był podobno gorliwym
czytelnikiem Jean-Paula. Do diabła z tym! Wierzę w morze. Samotność i miłość,
które na przemian wypełniają się jak czerń i biel.
Zastanawia mnie jeden fakt, jaki sens ma codzienne pisanie o winie? Prócz ewentualnych korzyści finansowych i poklasku, szumu wokół siebie. Szum się przydaje w interesach, to wiemy, proste jak drut. Ale poza tym, to głęboko się zastanawiam, jak coś, co służy do wypicia, tak bardzo potem wychodzi stuk-puk, przez palce. To raczej gul-gul jest odpowiednią onomatopeją. No, wiadome, już symboliści próbowali przyrównać poezję do muzyki, ale "tu" u piszących o winie, to nie procenty, pejzaże, miraże i po-ta-taj, po-ta-taj, a lanie wody, i zmyślanie nudy do ętej niepojętej. Bieńczyk ratuj! Napisz coś, na Boga o winie, tak bym się przewrócił siedząc wygodnie. Codziennie jak otwieram FejsOgarniającego, to wprost wychodzę ze zdumienia, ile tych wpisów na temat czegoś tak prostego i w pewnym sensie prozaicznego jak picie wina. Przecież są inne zakręty, inne wersje penetracji własnej, nie powiem czego, z przyzwoitości mimo wszystko we mnie. Ale dobra, godzę się na ten beckettowski stos. Ten Dzień Świra z moją nieobecnością, artaudowską mumią gestów i słów, duszą w popiele ziemi jałowej. Ale czy wino musi tylko pasować do danej potrawy, coraz to dziwniejszej, czasem wręcz makabrycznej. Czy burger, choćbym nie wiem jak z czystego mięsa, świętej krowy musi łaknąć wina. Czy nagła moda, w nagłej Polsce, nagle wszystko musi przyjąć, jak ten wynalazek, który kojarzy mi się ze sceną finałową w "Pod wulkanem". Czy nie można myśleć o winie, jako o drodze bez końca, wiecznie nie zaspokojonym pragnieniu zaznania spokoju. Gdzie fale łagodnie niosą, łagodnie sponiewieranego przez sztormy życia Odyseusza. Gdzie dzień dopija resztki jego nadziei, cudownie opromieniając jego nagą duszę z dnia poprzedniego. Dlaczego sprowadzacie wino do roli lampy ulicznej, kiedy ono jest słońcem nieskończoności, słodkich powtórzeń, aur nie do zmierzenia przez ludzką miarę, iluminacją na szczycie wzniosłego nastroju. Dlaczego je trywializujecie i siłą zaciągacie na salony, ubierając je w kostiumy jak hologram. Dajcie mu wolną dłoń i rozum dziecka. Dajcie mu na siebie na krzyczeć, splamić się, aż wreszcie wybawić od rutyny i powtarzalności dnia powszedniego. Dajcie mu zaśpiewać, dajcie mu głos, głośny, donośny, i w końcu ten skryty w sobie. Pochylmy głowę ku ziemi, a gwiazdy będą świecić jeszcze wyraźniej. Napijmy się, a nie opluwajmy.
Ostatnio podjąłem rozmowę z jednym importerem o tym jak ludzie w Polsce wciąż nie rozumieją win musujących. A ściślej, ich ceny. Stało się tak gdyż zaproponowałem na (po)degustacji aby wypić czerwone musujące wino powstałe z różnych odmian słynnego lambrusco, z małą domieszką znanej z Lombardii bonardy. Może okoliczności a dokładniej rzecz biorąc serwis nie był najbardziej sprzyjający, ale mimo to uważam, że wino było smaczne, zdrowe i pożywne. Jednak gdy biesiadnicy usłyszeli cenę 48 zł "kiwali głowami", że nie powala, że za dużo, że bez przesady. Że owszem wino dobre, fajne, pije się, ale nie w tej cenie. Zapomnieli jednak o jednej rzeczy, że to co mają w swoich plastikowych kubeczkach, i tak fajnie buzuje i schładza w upalny i duszny wieczór to nie efekt Co2, a naturalnego, kilkumiesięcznego procesu tzw. "wtórnej fermentacji". W tym przypadku metody charmat czyli fermentacja odbyła się w kadziach, w przeciwieństwie do "metody klasycznej", gdzie taki, chodź trochę inaczej, proces przebiega w butelkach, najsłynniejszy jest Szampan, ale wszędzie gdzie jest zaznaczone "metoda klasyczna" znaczy to, że właśnie w ten sposób uzyskano pożądane bąbelki. No... to najprościej jak potrafię.
Jeśli chodzi o samo wino, to spełniło ono moje oczekiwania względem tego co wcześniej o nim czytałem. Przede wszystkim czyste; bardzo ładnie wytrawne, bez jakiegoś nadgorliwego cukru resztkowego jak to bywa czasem w słabszych prosekach, odpowiednia kwasowość dająca pole do popisu owocowi. Jeśli o niego idzie to dużo przyjemnych soczystych, wręcz wilgotnych owoców leśnych. Więc nie tylko bąbelki, ale dobre zrównoważone wino, niemające nic wspólnego z nędznymi słodkimi, półsłodkimi Lambruscami zalewającymi rynek.
To wino nie zostało wyprodukowane stricte pod etykietą 1 z 3 apelacji Lambrusco, przebiegających przez środek regionu Emilia - Romania, a pod może dosyć enigmatycznie brzmiącym statusem V.S.Q. Vino Spumante di Qualità. Jednak nie przeszkodziło mu to być dobrym musującym winem, alternatywą dla białego Prosecco, tak lubianym w naszym kraju. Może w końcu pora na dobre LAMBRUSCO... :)
Producent: Azienda Agricola VENTURINI BALDINI
Nazwa wina: RUBINO DEL CERRO
Cena importera: 48 zł
Przyjść do domu jak Philip Marlowe, nie mieć kota, oprócz tego na punkcie wina. Co więcej nie mieć mleka, tylko jakieś resztki do kawy na następny dzień. Ale mieć zimniutkiego, zimniutkie niczym śpiew aniołów z góry w słynnym poemacie Jerofiejewa Moskwa-Pietuszki, w postaci Rieslinga z Rheinhessen (Hesja Reńska) od niejakiego Fritza Hasselbacha. Zawahać się przez chwilę czy aby na pewno, bo godzina poobiednia w poniedziałek. Po czym przekręcić "gwint" niczym Boguś Linda czystą w Psach, i mieć w nosie tłuste i ciepłe powietrze miasta do którego człowiek się lepił jak łup do bandyty. Wziąć kieliszek, postawić na stole i sobie nalać... (albo podłodze, jak przystało na prywatnego detektywa vel. byłego ubeka)
W nosie ananas, lekko miodowe, brzoskwinia, po zamieszaniu więcej słodyczy jasnych owoców, trochę akacji. W ustach także lekkie, wręcz kwiatowe o łagodnej kwasowości, z dominującym owocem pokrzywy, który tak skrzętnie wyciskaliśmy w dzieciństwie ciesząc się darmową przyjemnością, a gdzieś na końcu zagubione nuty papierówki.
Nowoczesna etykieta, prostota i przyjemna kolorystyka, wszystko to, by wino wydawało się łatwiejszym, mniej skomplikowanym napojem, który ma sprawić nam przyjemność, a nie dostojne samookaleczenie. Myślę, że to wino ze swym łagodnym, ale i bogatym bukietem, jak na ten typ wina znajdzie rzeszę odbiorców poniżej 30 roku życia, ale i nie tylko, także wśród tych którzy boją się 100% wytrawnych win o wysokiej kwasowości. Jestem Za. Młodzieżowe wino w barach-kafejkach obok regionalnych piw i Fritz Coli ;)
Każdy z nas dąży do Ziemi Obiecanej, jedni w sercu miejskiej
dżungli, inni gdzieś w głuszy na granicy pojednania z szaleństwem. Jedni
szukają doskonałego wina, drudzy kobiety. Jakby nie patrząc, wszyscy wierzymy w
lepsze dni. A życie po prostu sobie jest, bez złych ani dobrych zamiarów, jest
jak pas na drodze szybkiego ruchu, biegnie rytmiczną linią przerywaną.
Dlatego też usiadłem dziś, otworzyłem butelkę Mâcon, ułożyłem na talerzu trzy
plasterki parmeńskiej z przeceny, talerz z oliwą, kawałek Brie i bagietki, i
włączyłem Nocnego Kowboja w nowej blurejowskiej wersji, jeśli to cokolwiek
zmienia. Może tylko to, że film jest jeszcze bardziej blu(e). Na początku wino
wydawało się zbyt alkoholowe, ale wystarczyło parę chwil by złagodniało i
otworzyło swe proste, ale wdzięczne i soczyste, owocowe wnętrze. I tego się
spodziewałem za 4-5 €, spróbuję znaleźć paragon, ale mniej więcej tyle
kosztowała mnie butelka zakupiona na przedmieściach
Paryża, w osławionym przez Wojtka Bońkowskiego Leclercu.
W nosie dosyć
powściągliwe, za to w ustach dużo czerwonych owoców; wiśnia, może trochę
truskawki i maliny, czerwonej porzeczki, ale bardziej jeżyny i pestki. Wszystko
ładnie oplecione wyważoną kwasowością i umiarkowanymi taninami. Dobre i już. Ale co z życiem, tym magicznym pierwiastkiem
unoszącym się na dnie każdego kieliszka, którego czasem nie chcemy dotykać, bo
czas degustacyjny nagli, bo czasu nie ma, tak jak świat względem bohaterów
filmu, którzy po niedługim czasie w „Wielkim Mieście” pozostają sami sobie,
obojętni jak przechodnie których mijamy każdego dnia. Co z tą samotnością, tym
osadem duszy, gdyby wino pozostało samo sobie, nie wiele by z tego wynikło. Tak
jak ziemia potrzebuje słońca , tak człowiek czyjejś ręki. Banał, truizm,
wiadome. Ale właśnie takie wina, bez szerokiej gamy, wysokiego ekstraktu,
jakiejś na siłę nadanej woli, skłaniają głębiej, a i prościej, do białych
osuszonych ścian, do początku i do końca. Od rzeczy najprostszych do rzeczy
najtrudniejszych. I pal licho kto je zabutelkował, może gdyby było lepsze, pisałbym inaczej, na pewno. Ale
fakt jest taki, że dobrze je się piło... do Nocnego Kowboja. Bo palm zbyt dużo w
nim nie było, a jedynie niskie budynki przeznaczone do rozbiórki, gdzie być
może kiedyś grał Charlie Parker, budząc się przed
południem na rogu ulicy, jak Beethoven innego słońca.