Rock nie jest tylko wydarzeniem. Jest sposobem myślenia i przeżywania świata. Jest próbą zrównoważenia ducha i ciała. To bardziej wiara niż umysł, w to, że istnieje miejsce, w którym niewinni i nieskrępowani, możemy cieszyć się kawałkiem własnej ziemi.

Wino to siła, wino to pragnienie, wino to przyjaźń ze światem, innym człowiekiem, sobą samym. Wino to muzyka, którą można powąchać, dotknąć i połknąć. Wino to myśl, której nie da się utrwalić, ale można powtórzyć. Wino to brzeg oceanu, który można przybliżyć do ust.

środa, 4 kwietnia 2012

Czerwone wino przy czarno-białym filmie

Przy czym wino smakuje najlepiej? Przy muzyce, rozmowie... Z pewnością. Ja ostanio piłem świetne nebbiolo przy "Żyć własnym życiem" Godarda, klasyka <<Francuskiej Fali>>. Długie rozmowy, twarze bohaterów, i nowatorski montaż oraz język filmu. Niby urywki, sceny z życia, tu przedstawione w 12 odsłonach, jak sam podtytuł wskazuje. Lekko malinowe, wiśniowe i ładnie wyciągnięte przez dobrą kwasowość nebbiolo od Sandro Faya, idealnie złączyło się z poetyką filmu Godarda i dramatyzmem losów głównej bohaterki, która chce "życ własnym życiem".  Bowiem tak jak wolność na którą decyduje się Nana, tak wino otwiera swe właściwości, i z każdym łykiem smakuje  inaczej. Tak jak życie bohaterki. Choć historia kończy się absurdalnie tragicznie, to każda z odsłon filmu ma swój smak, swoje znaczenie. A właśnie tego potrzebuje dobre wino, nieustannych miniatur, które po cichu eksplodują i gasną pozostawiając niedosyt... Piękny, jak życie w czerni i bieli, gdyż dzięki temu możemy nabrać dystansu, do siebie samego, i wchłonąć świat, który z czasem staje się bezbarwny i bezlitosny, ale właśnie w ulotności jego władza nad nami. Zarówno dobre kino i wino, myślę, że pozwala nam wyzbyć się egocentryzmu, i wsłuchać się lepiej w naturę rzeczy. 


-Życie jest tylko życiem. Mówi Nana.
 -Kiedy palę papierosa, jestem odpowiedzialna, i jestem szczęśliwa. Mówi wcześniej. 


Więc, kiedy i my podnosimy kieliszek, takze jesteśmy odpowiedzialni, bo jesteśmy wolni. Ale tylko wtedy, kiedy pozwalamy winu zajrzeć w nas, nie próbując usilnie nadawać mu formy, etykiet i koncepcji. Znam takich dla których wino staje się wyznacznikiem "bycia w towarzystwie", że wino to, wino tamto, to beczka, a to kooperatywa. Nie mówiąc o ekstremistach win naturalnych, ktorzy tkają z nich złotą nić najwyższego wtajemniczenia, zapominając o tej Ariadny. O tym, że wciąż gubimy się w milionach słów, i myśli, które bez nich nie są w stanie istnieć, jak podpowiada Nanie filozof, na którego natyka się w kawiarni. Pyta: 


Pan czyta?
 -To mój zawód. Odpowiada. 


Wydawałoby się, że wszystko już zostało powiedziane, że świat to gombrowiczowska gęba. A jednak nie, bo jak mówi filozof: Życie codzienne to balansowanie między mówieniem a milczeniem. Dlatego zanurzmy swe usta wieczorem w dobrym winie, i pomilczmy trochę z nim, bo wino to cisza, która zdaje się cały czas do nas mówi. A my wciąż pozostajemy nieodgadnionym i nieskończonym labiryntem treści, formy, słowa... i milczenia. 


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Jesień na wiosnę czyli Straż Miejska, Nietzsche i młodość

Czy piliście kiedyś przejrzałe wino? Takie, co to w smaku raczej przypomina wino wzmacniane, ale w alkoholu raczej "topienie Marzanny". Jak co roku, razem z kolegą inaugurujemy nadejście wiosny, pierwszą wypitą flaszką w terenie A.D. Tym razem było nietypowo, bo trafiła nam się butelka różowego wina klasy IGT z Veneto, vendemmia (wł. zbiór) 2007. Piszę trafiła, ale podejrzewaliśmy, co nas czeka. Kwasowość, która powodowała, że wino miast być dosyć rześkim różowym winem (nie znam wersji pierwotnej), stawało się z każdym łykiem coraz bardziej półwytrawne. Wino nie ewoluowało w żaden sposób, a raczej zamieniało się w dobrą ice tea, z racji ratowania sytuacji poprzez nieustanne trzymanie go w podręcznym coolerze zwanym "rękawem". Z notatek degustacyjnych można wymienić takie skojarzenia jak: lekko przejrzały orzech włoski, zbyt przefermentowane owoce z działki dziadka czy "wytrawne" owoce w alkoholu z bombonierki babci, ale ni w ząb ni w oko nie mogłem odnaleźć migdałów o których wspominała kontretykieta. W zamian odbyliśmy podróż w czasie przywołując naszą inicjację z "winem jakościowym", która właśnie miała miejsce tegoż roku. Jeden z naszych kolegów stracił "dziewictwo", ja chodziłem po mieście z torbą wytatuowaną w różne quasi-poetyckie figury; Artaud, Lenny Bruce, noc, persona, może taxi... samotność. Wszystko czym dało się "namydlić" w kontekście kulturowym dziką i zakochaną w gwiazdach duszę. I tu przejdę już tylko wyłącznie do wiosny naszego życia, wiecznego odkrywania i uczenia się, czasem na nowo tych samych reguł. Jedno z miejsc, które upodobaliśmy sobie do naszych (zazwyczaj 2 osobowych) degustacji jest urwisko pod TV Kraków w Krzemionkach, roztacza się stamtąd panorama na Las Wolski. Z prawej strony leniwie wije się Wisła, więc można fantazjować o Mozeli, zwłaszcza po paru kieliszkach rieslinga, ja kiedyś jesiennym wieczorem ułożyłem z naprzeciwległych dziesięciopiętrowców mieszkalno-komunalnych wielką lokomotywę (sauvignon blanc Côtes de Duras z Biedronki). Próbowaliśmy tu m.in. Château Musar, Domaine de Chevalier, i wielu innych, mniej lub bardziej znanych producentów. To tu, patrząc miastu prosto w oczy, stawialiśmy pierwsze kroki na drodze wina. Marząc o pięknych kobietach (wciąż), i całej reszcie… Kolejnym aspektem (bardzo praktycznym) picia w terenie jest umiejętność przewidywania zdarzeń (prewencja). Doświadczenie i "inteligentna młodość" wykształciły we mnie czuły punkt na obecność grup powołanych do stania na straży "wychowania w trzeźwości", ustawy, która weszła w "życie" z początkiem lat 80. Wrogiem Winnym nr 1 jest Straż Miejska, która w przeciwieństwie do Zbawiciela zamienia wino w wodę. Skoro mowa już o tej młodości, to dodam, że niedługo po nas, zjawiła się grupa, powiedziałbym licealistów, którzy też postanowili jakoś objąć wiosenną aurę (nawet mieli jakąś tacę z czymś, co z daleka przypominało plastikowe kieliszki). Niestety "niewinni czarodzieje" nie przypuszczali, że wóz typu furgon-suka, jadąc u podnóża wapiennej skały zatrzyma się w pobliżu, i Ogry (Gumisie) pieszo zajdą od tyłu "biedne owieczki", skazane na mandatową rzeź. Niektóre próbowały się ratować, seryjnie wyrzucając "amfory", gdzie popadnie, na nic jednak to się nie zdało, prócz sygnału ostrzegawczego dla nas - pasterzy. Ogry zachowywały się jakby zdobyły Bastylię, Ziemię Ognistą lub dziewiczą wyspę na której mogą zasadzić swoją palmę pierwszeństwa. Moje porównania wynikają stąd, że będąc w stanie lekkiego upojenia, przyjmuję świat nie tyle dionizyjsko, co poetycko i refleksyjnie, napawając się tą miększą częścią natury. A brutalne wkroczenie kogoś kto mówi, że muszę za to zapłacić, i ma rację, wytrąca mi lirę z rąk, zamieniając w rozwścieczonego Dionizosa, którego demony w dzieciństwie, jak głosi legenda, rozszarpały na kawałki (Nietzsche, Narodziny Tragedii z Ducha Muzyki). Tak więc, by jakoś zbuforować swoją awersję i niechęć do władzy <<liczonej na punkty>>, dojrzale zorientowałem się, że celebracja na skale rzuca się w oczy jak mało co, i mentalnie przygotowałem się na rozwój wydarzeń, i atak. Nam jednak on nie groził, bo tak jak przewidywałem, najpierw zorientowali się (too late) licealiści, nam pozostało tylko schować wino i serwis. Chować wino? To tak jakby pokroić niebo albo wrzucić niemowlakowi do kołyski kraba. Kolega wylał swój ostatni kieliszek, ja swojego łyka - ziemia pochłonęła to, co do niej należało.







WINO BYŁO "ŚWIADOMYM" PODARUNKIEM OD PEWNEGO PERKUSISTY, KTÓRY BARDZO LUBI WINO WŁOSKIE :)



poniedziałek, 6 lutego 2012

Na Drodze Ciszy (burgund, kobieta i Freud)

http://weingut.krug.at
Cały dzień porządkowałem w głowie myśli, robiłem to, co należało zrobić jako pierwsze, potem zbierałem energię i pobudzałem nastrój wewnątrz, by napisać dobry tekst i zagrać czystą melodię. Na nic to drogi człowieku, kiedy okazuje się, że notatki, które myślałeś, że masz w mieszkaniu, w torbie, teczce, szufladzie albo reklamówce po Tyskim (bardzo wytrzymałe), gdzie składasz arkusze, książeczki degustacyjne, i inne materiały na temat winnic etc., są delikatnie mówiąc poza twoim zasięgiem. Najpierw zgroza, prawie spazm, i szarpanina z własną głupotą; że najpierw trzeba było przygotować materiały, a potem medytować. Telefon do kolegi:
-Cześć stary, sorry za porę, ale czy czasem nie natrafiłeś w sklepie na książeczkę taką a taką?
-Nie. Odpowiada.
-Dzięki. Wpadnę we wtorek poszukać. Na razie. Zamykam rozmowę.
Dzwonię do innego znajomego u którego dokańczałem "degustację". Nie odbiera.
Zastanawiam się, tzn. już wcześniej się zastanawiałem, czy aby na pewno nie jestem w stanie przypomnieć sobie czegoś więcej na temat tych win... Czy tylko jestem zdany na ogólny zarys, i wrażenia jakie po nich mi pozostały. Przeglądam kilka zdj., nic, jakieś cienie, wszystkie myśli kurczowo trzymały się notatek. Dziura w głowie... Więc, co mogę zrobić, o czym napisać... Na szczęście z głośników wydobywa się In A Silent Way Davisa, 1. utwór, a są tylko 2 na całej płycie, i jakoś się ogarniam, zaczynam pisać to, co tu czytacie. Cudownie przyjemne, intymne, zmysłowe i hipnotyzujące dźwięki cichych talerzy Tony'ego Williamsa, klawisze, któregoś z mistrzów wchodzących w skład nagrania, uspokajają i pobudzają wyobraźnię. Idę do kuchni zaparzyć sobie Melisę z pomarańczą, bo myśli wylatują jak z procy, sięgam po opakowanie, i mój wzrok wbija się w butelkę po Riosze, pusta jak balon, ale na niej napis: Marzec 2009 kino Paradox / ...idąc w stronę wanilii / Gabi / Seba / Ja. Chwytam więc za nią, i przypominam sobie historię; pamiętam też, że mieliśmy wtedy butelkę 10 letniego Porto. Filmu sobie nie przypomnę, bo zniknąłby urok całego wydarzenia, dlatego, że postanowiłem wtedy oddać się łaskom wina. Mogę powiedzieć, że na pewno było to kino niszowe, o problemach, bodajże kobiety, nakręcone w Skandynawii... Może w Hiszpanii. W każdym razie podzieliliśmy się na obóz pijących Rioję, i pijących Porto, po uprzednich próbach. Sebastian z Gabi zanurzali się w Porto, ja zaś sączyłem ukochaną Rioję (Finca Valpiedra Reserva 2001). Dlaczego tyle o tym wszystkim, a dlatego, że sobie pomyślałem, skoro Bieńczyk ma te swe Kroniki wina, to ja też coś wyczaruję z życia. Skoro tak, to picie Riojy nie było jedynym przypadkiem spożywania wina podczas projekcji. Piliśmy kiedyś Tokaja, w tym samym lubianym przez nas kinie. Natomiast dobrze pamiętam moją pierwszą nieśmiałą próbę. Była to późna jesień 2007, miałem wtedy w szufladzie z ciuchami odłożoną butelkę młodziutkiego, podstawowego burgunda - Bourgogne Pinot Noir 2006. Wybrałem się z koleżanką na pokaz filmu, do tego samego kina, na projekcję średniego metrażu na podst. psychoanalizy Freuda, wyświetlanego w ramach Festiwalu Filmu Filozoficznego, który jak mi się wydaje, odbywa się cyklicznie raz w roku. Byłem podekscytowany, bo butelka zacnie wyglądała, koleżanka też, więc chciałem mieć; jak to mówią na polu (Kraków;), gest. I zabłysnąć w poświacie ekranu (siedzieliśmy w którymś z początkowych rzędów, nawet może w pierwszym). Ale, okazało się, że inicjatorzy i prowadzący spotkanie, wpadli na iście cudowny pomysł, by wyświetlić blisko 40 minutowy obraz bez dźwięku. Tłumacząc to, że to pozwoli nam na inny (twórczy) odbiór. Po chwili nastała kompletna, błoga cisza, tak, że każdy ruch na wysłużonych fotelach był rejestrowany niczym owa psychoanaliza. Wyciągnąłem butelkę, ściągnąłem kapturek, koleżanka nic nie podejrzewa, wyciągam korkociąg, i... Nie mogę, przecież w tej martwej głuszy, każdy wkręt (korek naturalny) będzie słyszalny co najmniej do połowy sali (małe, kino studyjne), nie mówiąc o wyciąganiu. Jeszcze przez chwilę biję się z myślami, a jednocześnie spoglądam na te inetrpretację Freuda. Być albo nie być, sobie myślę, albo burgund albo Freud. Pękam, nie próbuję nawet się wbić... Chowam burgunda, i oglądam czarno-biały, niemy film.

Wypiłem go jakiś niedługi czas potem, z bliżej nieznajomą mi dziewczyną, z którą umówiłem się przez internet. Z pod stołu, nalewając jej do kufla po Żywcu. Nie wspominając o tym, że na wstępie brakło mi 50 gr. przy zamówieniu.

Tak się kończy historia jednej z wielu butelek, które miałem okazję otworzyć.











P.S. <<Kroniki wina>> były zajmującą lekturą, która pozwoliła mi zapomieć o napiętych mięśniach, kiedy pozowałem na warsztatach ze studium ciała.




piątek, 6 stycznia 2012

Ta druga rzecz (Forever Young)

Wszystko jest ulotną i bezkresną abstrakcją.
Całość jest rzeczywistością.
Samuel Taylor Coleridge



Druga rzecz... Przy przedostatnim wpisie, składałem w ręce nadziei, że o niej napiszę. Tylko, co mogłoby być tą drugą rzeczą? To wie tylko autor. A czytelnik jest bezradny... I wszyscy to kochamy, czekamy na historię, bo życie to opowieść i nic poza tym. No, Ameryki nie odkryłem, wiadome, ale zawsze pozostaje "ale...". No, więc i tak, tą drugą rzeczą jest ogólnie picie wina. Ci którzy mnie znają, wiedzą, że lubię się napić w tzw. terenie. Ale to nie wszystko, ja w ogóle często myślę o piciu, ale nie jak pazerna świnia, która chce tylko zaspokoić pragnienie. Mam na myśli tu kształt życia, że przez myślenie o winie, łączę pozostałe elementy swojej osoby, i rzeczywistości. Dzięki tej obecności słowa są bardziej przejrzyste, a cisza słodsza i nieskazitelna. Zastanawiam się nad butelką Pouilly-Fumé i myślę o przyszłości, bo dzięki jednocześnie delikatności, świeżości i pełni sauvignon blanc odnajduję siłę, smak i miejsce dla teraźniejszości. Z kolei z ładnie wtopioną beczką nebbiolo, może zainspirować mnie do działania, i uwznioślić w duchu, raz tego dokonało podstawowe Barbaresco od Angelo Gaji, a raz Carteria, wino Sandro Fay'a z Lombardii, z znaczenie bardziej przyziemną ceną na półce. Jaka by nie była cena, to właśnie takie butelki budują moją wizję wina. A pomiędzy nimi wszystkie inne, i te małe i te duże, te za 30 zł i te za 300 zł, cena jest tu diabłem, nie myślmy o niej. Chyba zamknę okno, bo zaczynam się czuć nieswojo, mamy ciepły, ale jednak styczeń. Zamknąłem, choć to nie uczyni ze mnie Prousta, choć mam przed sobą ciasteczka i kubek z herbatą... No herbaty już prawie nie ma... Wróćmy do picia i myślenia. Przykładów można by mnożyć bądź ile, ale to nie powieść z XIX w., przydałaby się jakaś konkluzja i większy wgląd w istotę rzeczy. Dobra, zaparzyłem drugą herbatę, w grubym kuflu, by starczyło jeszcze na kilka zdań. Inną stronę jaką ujawnia dla mnie wino jest ferment duszy z ciałem. Pewnego razu wczesną wiosną albo późną jesienią, w każdym razie było już ciemno, ale raczej była to wiosna, wybrałem się ze znajomymi i kartonem (szóstka) prostego wina na spacer do Lasku Wolskiego. Było nas czworo, może pięcioro, "w każdym inna krew", w tym jedna kobieta - ładna. Nic z tych rzeczy, ciągle piszę o tej drugiej... Jednak towarzystwo kobiety, wino i blask księżyca, budzą we mnie pierwotnego ducha piosenki i tańca. Więc, gdy wyszliśmy na polanę z panoramą na przedmieścia, skakałem i darłem ryja (refreny z piosenek U2), byłem szczęśliwy. A, kiedy się zmęczyłem, padałem pod drzewem, i gapiłem się w księżyc, jak głupi albo jak w twarz kobiety. Nie pamiętam bym wtedy rozmawiał z kimkolwiek, chyba przez chwilę każdy robił swoje, zaglądał w siebie, albo świat w niego, byliśmy pijani i piękni. Dlatego też w głębi ducha skrywam nadzieję, że dzięki winu i myśleniu o nim właśnie w ten sposób, wszyscy zostaniemy Forever Young. 


                                              Czego wszystkim pijakom życzę w ten 2012 rok. 

sobota, 3 grudnia 2011

Nie tylko Schubert

Pełnia, wigor, delikatność, owoc, struktura, ekspresja i smak. Tą garstką słów określiłbym 5 win od niejakiego BRIX'A 65, małego importera, który widać, że wie, co robi.

N=NOS
U=USTA



1. MATTHIAS MULLER RIESLING OHLENBERG ALTE REBEN 2010
    Niemcy / MittelRhein

N: głęboki, skoncentrowany, owocowy, świeży; jabłko, grejpfrut, troszkę gruszki w tle.
U: najpierw pojawia się przyjemna kwasowość, potem dołącza się znakomita; żywa, pełna i świeża owocowość. Całość osnuta wokół niesamowicie uwodzącej, wspomnianej już kwasowości. Muszę przyznać, że dawno nie piłem tak dobrego białego wina. Sehr gut!!! Ja, ja.


2. KAI SCHUBERT PINOT NOIR BLOCK B 2009
    Nowa Zelandia / Wairarapa

N: kwiatowo-owocowy, troszkę kapusty, przy drugim nosie zyskuje głębi, a po chwili zaczyna pojawiać się truskawka.
U: kompleksowe, bogate, owoc połączony z lekką słodyczą, z czasem niknącą na rzecz głębi i harmonii. Wino, które potrzebuje jeszcze czasu, wg mnie ze 3 lata co najmniej.


3. DOMAINE SAINT ANTONIN MAGNOUX 2008
    Francja / Faugeres

N: ciemny, ciepły, elegancki, balsamiczne ciemne owoce.
U: świetny, piękny początek, środek równomiernie przeciągnięty, i długi finisz; bardzo przyjemna głęboka i ciepła faktura. Wino, które moim zdaniem oddaje właściwości terroir Faugeres czyli gleba łupkowa, i piękno pogłębionego owocu południa. Bardzo dobre, eleganckie wino, mogące stanowić nieco tańszy zamiennik Amarone, zważywszy na jego długie i głębokie usta.


4. ESCODA SANAHUJA LES PARADETES 2007
    Hiszpania / Conca de Barbera

N: magi, przyprawy, zioła, potęgujące się przy kolejnym zamieszaniu, z dodatkiem odrobiny słodyczy.
U: na początku przyjemnie chłodne, potem wraz z kwasowością pojawiają się owoce, które do końca prowadzą resztę, tworząc przy tym cudownie przyjemnie ewoluujący ton. Świeże, cudownie owocowe, lekkie, a przy tym pełne i czarujące. Wypiłbym butelkę, i jeszcze byłoby mało ;P
BARDZO CIEKAWE I IMPONUJĄCE WINO.


5. SPICE ROUTE WINERY PINOTAGE 2008
    RPA / West Coast

N: głęboki ciemny owoc.
U: pełne, kompleksowe i nasycone, aksamitna struktura i głębia.
Ciepły, ale nie słodki jak to bywa, pinotage, Nowy Świat w eleganckim wydaniu, z nie banalnym owocem i zrównoważona budową. Pozytywne zaskoczenie.



MAM NADZIEJĘ, ŻE WSZYSTKIE TE WINA BĘDĄ NIEBAWEM DOSTĘPNE W NOWO POWSTAJĄCYM SKLEPIE PRZY RYNKU GŁÓWNYM 45 - VINTAGE


                                             U2 = USTA 2 czyli muzycznie o tych WINACH

niedziela, 20 listopada 2011

Dwie dusze: Corbières & Corbières

Wilcza 28
Trochę mnie tu nie było, wiem. Więc cofnę się w czasie. Pierwsza rzecz to moja wizyta we wrześniu u Philippe'a przy Wilczej 28 w Warszawie, zupełnie przypadkowa, nie żebym o chłopaku nie słyszał... Ale nie miałem tego w programie, bo gnałem na amen w pacierzu, by położyć się w hostelu, który okazało znajdował się niemalże naprzeciw La Cave Philippe de Givenchy*. Byłem już nieco zmęczony, ale po paru, parunastu minutach polubiłem gościa, choć juz usłyszałem głosy krytyki... Sio z nimi! Urzekł mnie swoim bezpośrednim i anarchicznym podejściem do sprzedaży, i kupił mnie, och słodka ironio, która jesteś mianem sprytu... Ale do rzeczy, oprócz tego, że spodobał mi się klimat tam panujący, nie przy pierwszej, a drugiej wizycie wyszedłem z butelką Corbières**, i tu zaczyna się cel mego wpisu. Niedawno miałem okazje rozmawiać na temat carignan - odmiany z której m. in. powstają tamże wina. Osoba, która wzbudziła moje zainteresowanie tym tematem to Tomek Kurzeja, twierdzi, że Corbières, które sprzedaje Philippe jest paskudne, z wyraźnie wyczuwalnymi nutami zwierzęcymi, włosie etc. Argumentem była wątpliwa higiena Francuzów podczas procesu produkcji, a chcąc robić wina bez udziału środków chemicznych ponoć ma być bezwzględna (patrz wina biologiczne). Ja natomiast sięgnąłem do lektury - André Dominé "Wino", którą wielu winomaniaków w Polsce zna... I tam właśnie autor opisuje, że to właśnie w Corbières winiarze tworzą tak wina z carignan, by tych nut trochę było, może nie tak jak wspomniał o tym mój rozmówca, ale poniekąd mają się tam objawiać. To jedno, rzeczywiście w butelce, którą miałem z Wilczej, można było troszeczkę czegoś takiego poczuć, ale nie dam głowy, jednak wino nie raziło owocem jak twierdzi Tomek, że powinno być, i tu zmierzam do konkluzji. Bowiem na zakończonych już targach Enoexpo, spróbowałem Corbières, i było ono zaprzeczeniem tego pierwszego - pełne, delikatne, przyjemne w fakturze i gęste od owoców, ciemnych bądź leśnych. Zaprzeczenie tamtego, rustykalnego, może ciut zielonego i nazbyt ściągającego na języku. Sęk w tym, że z rozpędu nie zanotowałem nazwy czy też sfotografowałem butelki, tego pierwszego, a że Philippe nie ma strony, to nie dam rady zlokalizować wytwórcy, i jestem w lesie. Mam nadzieję tylko, że w obu przypadkach był udział carignan, bo nie jestem pewien czy apelacja zawsze wymaga tego, ale stawiam, że tak. Tak czy inaczej, jak widać wino ma nie jedno imię, i tego wam życzę. Druga rzecz, mam nadzieję już niebawem... 

Corbières na targach - szuka importera

*Filozofia, którą prezentuje Philippe, to wina biologiczne - naturalne, mogą więc one być czasem zbyt ostre bądź surowe dla początkujących. Jednak tak jak zawsze powtarzam, należy ufać sprzedawcy i nie bać się mówić o swoich preferencjach, wszystko przychodzi z czasem, trzeba zacząć od "A", by skończyć na "Z", a potem wrócić do... :)

**Na polskim rynku dużo jest dostępnych tanich win z Corbières, radziłbym uważać na butelki poniżej 20 zł, zwłaszcza w supermarketach, jest to jeden z największych areałów uprawy winorośli we Francji jako apelacja. Wino z którym ja się zetknąłem było cienkie, z ledwo wyczuwalnym ciałem i budową wina czyli owocem i kwasowością, na granicy przełknięcia. Tzw. promocja, ok 15 zł w małym sklepie na wpół specjalistycznym, łamanym przez tzw. alkohole świata. ;) 


                       Hostel Emma - tanio i czysto. Polecam! 

Wino od Philippa wypiliśmy jesiennym wieczorem nad Wisłą, prawie, że u stóp nieczynnego zabytku PRL - hotelu Forum, w odpowiednim szkle. 

WPIS ZAWIERA LOKOWANIE PRODUKTU ;P

czwartek, 15 września 2011

VERMENTINO & ŻYCIE czyli COŚ O KROWACH, KOBIETACH I PUSTCE

Sam w tym pociągu, bez laptopa, próbuję pisać po bożemu, bo Nietzsche mi nie wchodzi. Tak na marginesie, choć żadnego marginesu nie ma. Więc wyciągam kolejną lekturę. Kontrola biletów, dźwięk wciskanej pieczątki. I pustka, i strach, mały paraliż. Powrót do rzeczywistości. A może pieśni rzeczy... Które jak wieczne fale odbijają się od naszego umysłu. Lautreamont leży przede mną, pytania pasażerów. Łyk wody – koniec kontroli. Była krótka, w przeciwieństwie do podróży. Czy Bóg jest pracoholikiem, czy ja chodzę niewłaściwymi ścieżkami? Nie lubię tego porównania, a jednak je stosuję, w nadziei, że wybrnę z tego błędnego koła, zaklęcia jakim jest życie. W Ligurii uprawia się taki szczep: Vermentino. Wczoraj pewna kobieta spytała mojego kolegę prowadzącego sklep z winem czy ma takie wino. Napomknąłem, że jak dobrze pamiętam to z Toskanii, a ona zaaprobowała. Oboje się myliliśmy. Vermentino uprawiają też na Sycylii, ja spotkałem się również takim z Doliny Rodanu, i Langwedocji jako kupaż. Więc, może nie myliliśmy się tak do końca.... Vermentino. I cóż, cóż to może znaczyć wobec całej tej pustki rozciągającej się od ziemi po słońce, od czubków palców po samą śmierć. Albo narodzin. Wywracam myśli na lewą i prawą stronę, i nie widzę żadnej przyczyny, żadnego skutku. Tylko staję się coraz cięższy, i podobny do matki ziemi. Tak, ona rozumie rzeczywistość, przyjmuje ją taką jaka jest, z głębi serca. Ja próbuję się oderwać, jakbym szukał sumienia, a ona jest czysta, bo nie szuka niczego, staje się naturalnym owocem tego, co jest, i jest dane. A ja chwytam się myśli, które są jak brzegi, nie wiedząc w którym miejscu postawić kropkę. Więc, przecieram czoło, stawiam przecinek, drapię się po nosie, i okłamuję na tyle, na ile tylko można. Na ile pozwoli pejzaż w który wkładam ręce i nogi. I jestem zmęczony, posiniaczony, prawie dziurawy, nic nie nabiera kształtu, przeciwnie wszystko się rozmywa, a treść dewaluuje. A przecież jadę podpisać tylko umowę, tak, tylko tyle, ale cieszę się ogromnie, gdyż inaczej nie zerwałbym tej z diabłem, tego paktu ciszy. Ruch jest potrzebny, by móc się nie ruszać itd. Jakież to błyskotliwe można mieć myśli po przebiegnięciu dystansu. Przecież nie jestem krową na pastwisku, leniwie przeżuwającą trawę, nie obrażając tych wdzięcznych stworzeń, które wiążą się z moim dzieciństwem jak Wenus z Marsem. Właśnie, jak kobieta z mężczyzną, oto cały deseń tej impresji na trasie Kraków Główny – Warszawa Centralna. Kobieta, myślę o niej jak Bóg o prawdzie. Dzień i noc. A naprzeciw mnie jedna śpi, druga czyta, a ja piszę. Piszę jak kura pazurem, żeby mieć duszę. Pierwszy raz widzę, by książka miała cenę z przodu: 15 zł, jak pół butelki wina. Trochę to krępujące, czytać czy nie? To jak znaczek: Tylko dla dorosłych. A Nietzsche pisał, by stać się dzieckiem. Już widzę jak pewna firma podchwytuje to jako „bezcenne”. Równie dobrze można by usmażyć jaja na grobie Bukowskiego w gorące popołudnie. Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie, że takie rzeczy nigdy się nie sprzedadzą. Inaczej ja kupię ciemną stronę księżyca.


P. S. Gdy dotarłem do celu, wśród dziesiątek butelek znalazłem Vermentino, z dużym napisem BOLGHERI (apelacja w Toskanii).


Kraków Główny – Warszawa Centralna, 3.09.11 (rano)