Rock nie jest tylko wydarzeniem. Jest sposobem myślenia i przeżywania świata. Jest próbą zrównoważenia ducha i ciała. To bardziej wiara niż umysł, w to, że istnieje miejsce, w którym niewinni i nieskrępowani, możemy cieszyć się kawałkiem własnej ziemi.

Wino to siła, wino to pragnienie, wino to przyjaźń ze światem, innym człowiekiem, sobą samym. Wino to muzyka, którą można powąchać, dotknąć i połknąć. Wino to myśl, której nie da się utrwalić, ale można powtórzyć. Wino to brzeg oceanu, który można przybliżyć do ust.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Popołudniowe wino poniżej Trzydziestki (Fritz's Riesling zamiast Fritz Coli)

Przyjść do domu jak Philip Marlowe, nie mieć kota, oprócz tego na punkcie wina. Co więcej nie mieć mleka, tylko jakieś resztki do kawy na następny dzień. Ale mieć zimniutkiego, zimniutkie niczym śpiew aniołów z góry w słynnym poemacie Jerofiejewa Moskwa-Pietuszki, w postaci Rieslinga z Rheinhessen (Hesja Reńska) od niejakiego Fritza Hasselbacha. Zawahać się przez chwilę czy aby na pewno, bo godzina poobiednia w poniedziałek. Po czym przekręcić "gwint" niczym Boguś Linda czystą w Psach, i mieć w nosie tłuste i ciepłe powietrze miasta do którego człowiek się lepił jak łup do bandyty. Wziąć kieliszek, postawić na stole i sobie nalać... (albo podłodze, jak przystało na prywatnego detektywa vel. byłego ubeka)


W nosie ananas, lekko miodowe, brzoskwinia, po zamieszaniu więcej słodyczy jasnych owoców, trochę akacji. W ustach także lekkie, wręcz kwiatowe o łagodnej kwasowości, z dominującym owocem pokrzywy, który tak skrzętnie wyciskaliśmy w dzieciństwie ciesząc się darmową przyjemnością, a gdzieś na końcu zagubione nuty papierówki.

http://www.fritzsriesling.com
Nowoczesna etykieta, prostota i przyjemna kolorystyka, wszystko to, by wino wydawało się łatwiejszym, mniej skomplikowanym napojem, który ma sprawić nam przyjemność, a nie dostojne samookaleczenie. Myślę, że to wino ze swym łagodnym, ale i bogatym bukietem, jak na ten typ wina znajdzie rzeszę odbiorców poniżej 30 roku życia, ale i nie tylko, także wśród tych którzy boją się 100% wytrawnych win o wysokiej kwasowości. Jestem Za. Młodzieżowe wino w barach-kafejkach obok regionalnych piw i Fritz Coli ;)






przedział cenowy: 35 - 40 zł

import do Polski: http://www.wina-szlachetne.pl/index.php

wino degustowałem z własnej lodówki

Powinna pasować (zamiast szparagów;)




piątek, 19 kwietnia 2013

Samotność wypitego czerwonego wina albo Beethoven innego słońca (Mâcon & Midnight Cowboy)



midnight cowboy
Każdy z nas dąży do Ziemi Obiecanej, jedni w sercu miejskiej dżungli, inni gdzieś w głuszy na granicy pojednania z szaleństwem. Jedni szukają doskonałego wina, drudzy kobiety. Jakby nie patrząc, wszyscy wierzymy w lepsze dni. A życie po prostu sobie jest, bez złych ani dobrych zamiarów, jest jak pas na drodze szybkiego ruchu, biegnie rytmiczną linią przerywaną. Dlatego też usiadłem dziś, otworzyłem butelkę Mâcon, ułożyłem na talerzu trzy plasterki parmeńskiej z przeceny, talerz z oliwą, kawałek Brie i bagietki, i włączyłem Nocnego Kowboja w nowej blurejowskiej wersji, jeśli to cokolwiek zmienia. Może tylko to, że film jest jeszcze bardziej blu(e). Na początku wino wydawało się zbyt alkoholowe, ale wystarczyło parę chwil by złagodniało i otworzyło swe proste, ale wdzięczne i soczyste, owocowe wnętrze. I tego się spodziewałem za 4-5 €,  spróbuję znaleźć paragon, ale mniej więcej tyle kosztowała mnie butelka zakupiona na przedmieściach Paryża, w osławionym przez Wojtka Bońkowskiego Leclercu. 

W nosie dosyć powściągliwe, za to w ustach dużo czerwonych owoców; wiśnia, może trochę truskawki i maliny, czerwonej porzeczki, ale bardziej jeżyny i pestki. Wszystko ładnie oplecione wyważoną kwasowością i umiarkowanymi taninami. Dobre i już.  Ale co z życiem, tym magicznym pierwiastkiem unoszącym się na dnie każdego kieliszka, którego czasem nie chcemy dotykać, bo czas degustacyjny nagli, bo czasu nie ma, tak jak świat względem bohaterów filmu, którzy po niedługim czasie w „Wielkim Mieście” pozostają sami sobie, obojętni jak przechodnie których mijamy każdego dnia. Co z tą samotnością, tym osadem duszy, gdyby wino pozostało samo sobie, nie wiele by z tego wynikło. Tak jak ziemia potrzebuje słońca , tak człowiek czyjejś ręki. Banał, truizm, wiadome. Ale właśnie takie wina, bez szerokiej gamy, wysokiego ekstraktu, jakiejś na siłę nadanej woli, skłaniają głębiej, a i prościej, do białych osuszonych ścian, do początku i do końca. Od rzeczy najprostszych do rzeczy najtrudniejszych. I pal licho kto je zabutelkował, może gdyby było lepsze, pisałbym inaczej, na pewno. Ale fakt jest taki, że dobrze je się piło... do Nocnego Kowboja. Bo palm zbyt dużo w nim nie było, a jedynie niskie budynki przeznaczone do rozbiórki, gdzie być może kiedyś grał Charlie Parker, budząc się przed południem na rogu ulicy, jak Beethoven innego słońca. 










DOBRANOC.

niedziela, 25 listopada 2012

Przygoda z mineralnym winem

Są żale, że mało ostatnio tu piszę, że w ogóle ostatnio mnie wcięło. Fakt. Ale ja w ogóle mało tu pisałem, ale jest szansa, że to się zmieni, przynajmniej jej cień.

Oglądnąłem w poniedziałek późnym wieczorem "Przygodę" Antonioniego - film o którym słyszałem dawno, dawno temu... Do filmu otworzyłem butelkę Pouilly-Fuissé - południowa Burgundia, i ukroiłem kawałek brie. Tyle. Wino w nosie bardzo aromatyczne, nuty owoców egzotycznych dominowały, w ustach bardziej mineralne. Film, nie, przecinek nie wystarczy, raczej długi akapit. Fabułą filmu jest zaginięcie Anny podczas wyprawy łodzią na wyspę. Anna nagle bez śladu znika. Znajomi i bliscy rozpoczynają poszukiwania, w tym jej przyjaciółka Klaudia i narzeczony Anny, Sandro. Po niedługim czasie Sandro zakochuje się w Klaudii, ta z początku odrzuca jego uczucia, tłumacząc, że jest zbyt wcześnie by angażować się. Z czasem jednak przekonuje się. Nawet do tego stopnia, że chce usłyszeć słowa: Kocham Cię.

To "Kocham Cię" staje się dla mnie symbolem tego, co chcemy w życiu usłyszeć, a nie to co jest bądź kim jesteśmy. Jest nawet symboliczna scena w filmie, która pięknie to obrazuje, ale nie chce psuć wrażeń, tym którzy filmu jeszcze nie widzieli. Jednak Antonioni jawnie pokazuje jak zmiana sytuacji, zmienia układ figur na szachownicy. Jak my kompletnie inaczej zachowujemy się, zmieniamy priorytety i swoje przyzwyczajenia, choć w pewnym sensie pozostają takie same. I pytanie "Gdzie jest Anna?", w przewrotny sposób jest kierowane do nas: Gdzie jesteśmy MY? Tak, bo najchętniej zbudowalibyśmy swoje sanktuarium, i nie wychodzili poza nie, a składa się na nie nasza praca, zarówno ta zawodowa, jak i osobista, dom i ludzie którzy nas otaczają. Znałem kiedyś człowieka, który pisząc na klawiaturze zawsze wracał kursorem literkę wstecz, by wstawić tam brakującą. Zdumiewało mnie to, ponieważ ja zawsze wolałem ją skasować i szybko wpisać od razu dwie, i mieć problem z głowy, a on, jakby panicznie bał się utraty. To tylko jedna literka, jeden znak, ale być może właśnie ten znak znaczy nasze życie, być może nasze wybory są tylko znaczeniem pustki w jakiej przyszło nam BYĆ. Ale nie w tym rzecz, pustka, nie pustka, zawsze można napić się wina i stracić na chwilę grunt, poczucie zimnego, ziemskiego przyciągania. Sęk w tym, że nie ma czegoś takiego jak mocne stąpanie po ziemi, wszyscy lewitujemy, myśląc, że zbudujemy jakąś stałość, a tymczasem nici z tego. Zmieniamy się, a jeśli nie, to znaczy, że już jedną nogą jesteśmy w grobie. Dlatego lubię wina, które ewoluują, zresztą myślę, że każdy kto kocha wino, tak myśli. Wiem, że powtarzam się z niektórymi słowami, przymiotnikami, ale lubię to, i mam gdzieś słowa, martwe słowa mojej polonistki, wypowiedziane w ten sam sposób jak przez tysiące innych martwych "gęb", na grzędzie niespełnienia. Słowo jest po to, by płonęło, a z powtórzeń  może wyjść piosenka albo pieśń. Zabawne, bo całe nasze życie składa się z okrutnych powtórzeń, i bohaterka Antonioniego to przeczuwa, kiedy podnosi drżącą dłoń by dotknąć głowy Sandro. Jednak co nam pozostaje w tym rozrachunku? Nic. Musimy próbować, niczego sobie nie wmawiając, ale dając wolę życiu, które być może jest bezdźwięczną pustką, która jak miliony innych nieskończonych mienią się i mrugają do siebie w niezmierzonej przestrzeni i czasie. Tego nie wiemy, i żadna nauka tego nie osądzi, bo sens musimy wymyślić sobie sami, słuchając bicia własnego serca, tak jak winorośl która oddycha tym, co  przyniesie dzień. A, że czasem przyjdzie deszcz, grad i zamieć, nie znaczy, że nie można zacząć od początku. Na drugi dzień wino było jeszcze bardziej mineralne. Widocznie noc pochyliła się nad nim. 

Wino zostało zakupione we Francuskim Gąsiorku
Polecam także znakomite, bardziej owocowe Mâcon-Chaintré

Pouilly Fuissé 2010 - Dominique Cornin
Na temat samego wina tu


I jeszcze na koniec parę słów MISTRZA ;)





poniedziałek, 19 listopada 2012

Szukając braci bitników w winie z niedostateczną kwasowością


Zdenerwowałem się dziś, ale na plus. W podnieceniu przemierzałem ulice Kazimierza, słuchając Patti Smith „Constantine's Dream” z najnowszej płyty. Myślałem o sile, eksplozji rozświetlającej serce i umysł niczym meteoryt, o głodzie większym niż kontynent. O wessaniu całej przestrzeni w jedno gardło, o zbiorowym tańcu jednej niewyobrażalnej wyobraźni itd., itd. Plan więc był prosty – usiąść gdzieś, zamówić butelkę i wejść w trans. Kierunek: Konfederacka 4. Wino: za 50 zł. Typ: dobry kwasior pobudzający wyobraźnię.

Padło na Refosco. Próbuję, jest w porządku, jakiś nerw jest, zobaczymy. Lejemy. Mówię do barmana-kelnera. Jestem z kolegą, więc mówię: Daj mi chwilę, i zacznę działać. Ale nic z tego, wino mięknie, z każdą chwilą coraz bardziej, my zresztą też. A tak ostrzyłem pazury. Nie ma co, babcia Patti mnie rozgrzała, jak dobry piec kaflowy. Zamiast dzikości w sercu, czuję ciepło i niewielki spokój. Wino zaczyna układać się na wzór uśpionego morza, niby jest, a niby go nie ma. Wszystko na swoim miejscu, ciało, struktura współbrzmią, ale aż za dobrze, zlewają się jak morze z horyzontem. Nie tak miało być, miał być sztorm, burza i cichy schron dwóch niewiernych Tomaszów. Wszystko przeciwdziała nam, wino, choć dobre, to nie na miejscu, jak żart. Miejsce, bo zbyt tłoczno. I nawet język, bo zmienił tory wraz z prądem myśli, a z boku jeszcze jakiś Polak zajeżdża angielskim w stylu Miłosza. A my cytujemy Jerofiejewa.

Ale nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło. Wino, i my wyszliśmy na prostą. Przynajmniej w jakimś znaczeniu. Kraków znów za mgłą. Widać drzewa jak kolumny w katedrze. Skwitował kumpel.  

Refosco w innej postaci



sobota, 17 listopada 2012

Blog Roku: Kiedy mam ochotę krzyknąć...

Chochoły, Wyspiański
To mogło się stać tylko tu, tylko tu mogły paść słowa w rodzaju: za literacki styl, nowe kierunki itp. Nowe kierunki jak najbardziej, ale na pierś szatana, nie za literacki styl! Czy jury składające się z takich osób jak Bieńczyk, Gogoliński nie widzi tego jawnego przerostu formy nad treścią??? Tej manifestacji i żonglerki hasłami... Totalnym przegięciem pały ze Słownikiem Wyrazów Obcych... Nic w tym złego, każdy orze jak może, że posłużę się kanwą tego "stylu". Fajnie, czemu nie, Kuba Janicki jest w tym dobry, i chwała mu za to, niech świat będzie kolorowy. Ale czy musiały paść takie porównania z ust prowadzącego? Nie wiem kto mógłby dostać tę nagrodę, nie czytuję za bardzo blogów winiarskich w tym kraju, więc nie mam porównania. Może rzeczywiście Kontretykieta jest tą perłą i wyjątkiem wśród innych. Ale nie w tym rzecz, wiem, że słowo, buziotok, kręcą i podniecają tych, co walą w te klawisze i walą. Ja sam ulegam tej pokusie, i potem pluję sobie w twarz. Sęk w tym, że nie samym cukrem żyje ciastko. Forma to jedno, ale treść jest podstawą. Tylko, że treść trudniej zauważyć, kiedy forma stroi swe pióra. A tak jest w przypadku pewnych środowisk na linii Kraków-Warszawa albo na odwrót. Srał to pies. Dla mnie smutne jest to, że ludzie poddają się jakimś modom, i robią z siebie idiotów. A ja co... Nie umiem uderzyć pięścią w stół, wyszczać się im na stoły jak Rimbaud, i wyjść z hukiem, i Pięknem za plecami. Tylko chowam się, wyję z bólu czasem, że nie mogę dosięgnąć gwiazd, które już dawno temu wbiły mi nóż w serce. Kiedy mam ochotę krzyknąć: Kraków to eliotowska dziura bez dna w dolinie chochołowych ludzi! A zamiast tego wychodzę zgniewany, ze wszystkimi swoim demonami i aniołami, szukając miejsca jak dusza w piasku ziaren prawdy. Łapię butelkę przypadkowego Barbaresco, nalewam sobie i siadam w kącie na jakimś opuszczonym stoisku z napisem "Szukamy importera". Czuję się winny i niewinny jednocześnie, że odgrywam tu jakąś parszywą komedię. Kiedy tak naprawdę chcę by wino łączyło a nie dzieliło. Przyznaję się przed wami, jestem skurwysynem, kocham siebie i samotność pająka tkającego nić w świetle księżyca, by dopaść swoją ofiarę. Jestem jak miliony gwiazd, które spalają się własnym światłem. Mam zaburzenia osobowości i kręgosłup larwy, wiję się w łonach wszystkich kobiet jak wieczne, nienarodzone dziecko pełne strachu i żalu. Chcę by mnie ukrzyżowali i wyssali moją krew czystą ciszą i spokojem błękitu. Moje serce zastygło w murach tego miasta jak ptak wypalony na skale z rozpiętymi szeroko skrzydłami. 

U2 at Dandelion Market in 1979
Moja miłość wyszła z mody wraz z pierwszymi płytami U2 i poezją czytaną na kolanie na tyle autobusu albo tramwaju. Teraz się wstydzę, i udaję przed światem nową jakość, styl i grafomanię wypartą przez żądzę wszystkich dusz. Szukając nieustannie swojego rytmu i flow, jak kamień na kamieniu, trzepot skrzydeł i trzask drzwiami wywołany przez czyjąś, bliżej nikomu nie znaną dłoń, któremu na imię wszechświat, początek albo nieskończoność. Dlatego przepraszam was, że nie powiedziałem tego co myślę, i także, że mówię to teraz. Mam was w dupie, ale jednocześnie kocham, bo jak powiedział kiedyś Artaud: Gdy stawiam się na waszym miejscu, widzę, że to, co mówię, wcale nie jest interesujące. To wciąż tylko teatr. Co zrobić, by być naprawdę szczerym?


Na szczęście po zimie zawsze nadchodzi wiosna... i nowe wino :)



Samopoczucie, wiosna

Niedzielne popołudnie pruje moje serce
Chciałem być uczciwym
I się nie zgadzać
Jedna uczciwa, dobra kobieta z dzieckiem w mieście
Jeden mężczyzna
Szereg ludzi

To takie trudne,
to takie łatwe

Ładne

Żywot pospolity i
żaden inny

Ziemia już ciepła, bo od tylnej kieszeni to czuję.

Ile musimy sprzedać swetrów, butów, nic?

By być nagimi


własne, ale niebo dla każdego








niedziela, 11 listopada 2012

Biodynamiczne wino przed zachodem słońca


Powietrze stoi, myśli krążą wokół własnego cienia. Słońce mgliście wznosi się ponad dachami, raz po raz rzucając to kremowe refleksy na bladą twarz. Wsiadam do tramwaju, uruchamiam playlistę w telefonie. Żadnych rozmów, żadnych limitów kontroli, tylko słodki przerost formy nad treścią, jak to czynią inni. A co. Billboardy składają się razem z samochodami w jeden, płynny ciąg. Pozostaje tylko serce. Dziewczyna na przystanku w bordowych martensach, włożonych w dżinsy, i tysiące innych dziewczyn, które je zakładają jesienią by podkreślić swą niezależność. Liście opadają, myśli przepadają, a potem wracają, jak pasażer zapamiętany któregoś dnia zupełnie bez powodu. Żadnych sztuczek, tylko muzyka wyrywająca się słowom, i pragnienie przelane na papier. Mały Rimbaud w architekturze miasta-świata.





Czas i miejsce akcji: Wzgórze Św. Benedykta, to tu kiedyś dostaliśmy z kolegą mandat za picie taniej Reservy z Yecli. Ale znaleźliśmy bardziej ustronne miejsce, i szansa, że panowie strażacy zajdą tu, jest mała, aczkolwiek istnieje. Ale zostawmy prawo moralne w nas i popatrzmy w gwiazdy. Otwórzmy wino, co w zgodzie z księżycem rodziło się. Pierwszą rzeczą która zaintrygowała nas, to fakt iż wino w części powstało z czarnego muskatu zwanego Muscat de Hambourg, na którego można popatrzeć sobie tutaj, i carignan. Niestety producent nie podaje w jakich proporcjach odmiany te zostały użyte, a wino jest wyprodukowane pod emblematem Vin de France czyli dawne Vin de Table (wino stołowe), więc zakres użycia danej odmiany nie jest regulowany.  Nic to, jak mawiają współcześni szamani. Zasadźmy ziarno i słuchajmy głosu serca. Poszukajmy człowieka w tym winie, i psa. Tak, nie przesłyszeliście się, nazwa tego wina to Bogus, bo tak podobno nazywa się pies, który razem z winiarzami tańczy po winnicy, kiedy odbywa się pierwsze cięcie winorośli w lutym. W lutym odszedł kiedyś w zaświaty Warhol, a Patti Smith o tym napisała. Ale szybko wróćmy do butelki. Tak, ten luty to nie tak bez kozery, bo po niedługiej chwili wino nam co nieco przymarzło. 4 listopada w okolicach godz. 15. w tych szerokościach geograficznych robi swoje. No, ale chcieliśmy, chcieliśmy bardzo napić się wina jeszcze w tym roku "na" otwartej przestrzeni, i to czerwonego. I to biodynamicznego.

                                         
                                           Zasady biodynamiki w telegraficznym skrócie:


● Rudolf Steiner – XX w.
● Kompost z dodatkiem poroża (gleba)
● Siła planet czyli wpływ kosmosu
   (9 „naszych sprawiedliwości” i 12 konstelacji słońca i księżyca)
● Kalendarz siewny
   (wpływ Ziemi, zachód i wschód słońca)
● Brak uniwersalnych reguł
   (duch winnicy i serce winiarza)

obraz dawno temu wykopany z internetu



A tak przedstawiają się nuty smakowe:

Nos: z początku mineralno-stajenny, potem ziemisto-kawowy, kolega jeszcze mówił o morskości (wino nie banalne bez wątpienia)
Usta: zdecydowanie bardziej owocowe, ciemne owoce, jeżyna, trochę pestki, ale i nuty lekko czekoladowe. Potem gdy spróbowaliśmy wina, gdy powróciło do odpowiedniej temperatury, uwydatnił się przyjemny nieprzesadzony owoc z miękką i średnio ciężką strukturą. Wino warte zachodu.

Wino przegryzaliśmy standardowo bagietką, i camembertem.

Potem poszliśmy na piwo i herbatę
piwo i piwo
calzone
klasycznie strasznego hamburgera (setkę), mięso wyglądało jak krzyk ludzkości
albo kamienia
i na pizzę we włoskim bistro

A na koniec walneliśmy jeszcze po kielichu w bramie :)


                           


Wino jest dostępne we Francuskim Gąsiorku





niedziela, 21 października 2012

Wino na ur. Rimbaud

zdj.: Sebastian Bańdo
Umówiłem się z kolegą o 15:00 pod Muzeum Narodowym, wcześniej zahaczyłem o La Petite France na Tomasza po butelkę. Piękny, słoneczny jesienny dzień, nic dodać, nic ująć. Poszliśmy tam, gdzie zwykle, na polanę pod Kopcem Kościuszki, gdy dotarliśmy opływały nas boskie poty. Więc zdjęliśmy z siebie co trzeba, usiedliśmy i otworzyliśmy butelczynę. Gris de Toul 2010 z Leliévre Domaine. Piękny, rdzawo, różowo, pomarańczowy kolor. 90% gamay i 10% pinot noir. W nosie wino subtelne, ale i młodzieńcze, jakby wiosna przeplatała się z jesienią, czuć lekko cytrusy, ale przy drugim i trzecim zamieszaniu pojawia się  kandyzowana skórka mandarynki. Usta przyjemnie kwasowe, lecz z wyczuwalnym cukrem resztkowym (5,8 g/L), w ogóle nie czuć alkoholu (11,67 %), wino jest lekkie, przyjemne i pobudzające, chce się pić, i myśli o czymś na ząb. My mieliśmy standardowo bagietkę i masło, choć wcześniej chodziliśmy z oliwą, ale czasem trzeba coś zmienić ;) Ciastko na słono (szpinak z serem) też dawał radę, trochę wino łagodniało przy nim, gubiąc swą przyjemnie drażniącą podniebienie kwasowość, ale jak kto woli. Jeżeli chodzi o owoc, to dawało się wyczuć bardzo delikatne nuty lekko przejrzałej brzoskwini i świeżej truskawki, a nawet rabarbaru. Wino po którym człowiek czuje się lekki i głodny wrażeń niczym młody poeta chłonący każdą chwilę, literę, dźwięk, myśl i słowo. Aperitif absolutny albo digestif ile sił w duszy ;) 

vin-vigne.com

Wino przypisane jest do apelacji Côtes de Toul, położonej w Lotaryngii, regionie znajdującym się na północy Francji, między Alzacją a Szampanią. Wybrałem to wino, gdyż wcześniej piłem znakomite pinot noir  z tej winnicy, ale także dlatego, że było to wino najbliższe miejscowości w której przyszedł na świat Rimbaud, Charleville-Mézières w Ardenach przy granicy z Belgią. No, bliżej jest Szampania, ale... mój portfel mógłby tego nie wytrzymać, a poza tym Lotaryngia jest zupełnie nieznana w naszym kraju, i po 2 próbach, myślę, że warto przybliżyć wina stamtąd naszym rodakom.

zdj.: Sebastian Bańdo
Ponadto wino należy do tak zwanych "win szarych" (vins gris), znaczy to, że wino było macerowane ze skórkami czerwonych winogron. Lecz kontakt jest ten krótkotrwały, krótszy niż przy winach różowych, stąd śmiało możemy powiedzieć, że wino szare to takie, które nie jest winem ani białym ani różowym, a właśnie pośrednim. Jego atutem jest lekkość i zgrabność, jako wino młode, a głównie takie powstaje, dzięki swej świeżości świetnie sprawdza się w cieplejsze dni solo bądź jako uzupełnienie lekkich sałatek, ryb czy owoców morza, a i chłodniejszą porą może zastąpić zbyt mineralne białe, dające czasem zbyt odczuwalne uczucie chłodu w ustach czy też wina zbyt kwasowe (surowe). Najodpowiedniejszą temperaturą do spożycia to przedział 10-12 st. Wina te podobnie jak różowe trzeba pić jak najmłodsze, 2 lata wstecz, chyba, że wino miało kontakt z beczką. 

W ten oto sposób uczciliśmy rocznicę pojawienia się na świecie kultowego, przełomowego i zbuntowanego poety, a także handlarza i kupca, jak dowodzą fakty oraz niezadowolenie Alberta Camus w Człowieku zbuntowanym ;) Bo wino i sztuka nie jedno mają imię, i tym należy się cieszyć. Więc, na koniec zostawiam jeszcze mój skromny kawałek do waszej dyspozycji, w hołdzie nieskrępowanemu młodzieńczemu geniuszowi, który rozpala we mnie temperament i wenę twórczą po dzień dzisiejszy ;)

Duch, który jest teraźniejszością
Arturowi Rimbaud

grafika pobrana z internetu
Kraków zamglony jak pijany anioł
motorniczy rozmawia sam ze sobą
kobieta obok przez telefon
Nie, to kłamstwo, prowadzący prawdopodobnie
też rozmawia przez telefon
Ale miałem nadzieję, że są jeszcze
ludzie którzy rozmawiają ze sobą
Ja to czynię, ponadto
i też ze mną nie jest za dobrze
Gromadzimy skarby, chęci
i coraz trudniej jest nam cieszyć się
zwykłym październikowym porankiem,
kiedy to 158 lat temu w jakiejś
małej miejscowości na północy Francji
przyszedł na świat wizjoner
Pędrak i marzyciel
Gwiazda wyłowiona z dna ludzkiej
świadomości u szczytu góry z której
widać wszystko
albo szaleństwo

20.10.12