Jeżdżąc tramwajem słucham od niedawna muzyki przez telefon, wcześniej muzyka była we mnie, ale z czasem nić pęka, i nie daje już rady słuchać tych ludzi, więc się odcinam. I jak to bywa jedne utwory stanowią tło, niektóre porywają mocniej, celowo mam burdel w playliście, by od czasu do czasu nastąpiła mini-eksplozja, jakiś mały teatrzyk emocji albo wzruszeń. Uwielbiam jak po paru piosenkach nagle, kiedy idę ulicą, najlepiej wieczorem, wpadnie All Blues z Kind of Blue – palce lizać, a potem Morrison deklamujący „Amerykańską Modlitwę”, czy po fragmencie ze ścieżki dźwiękowej do „Paris, Texas” wskoczy jakiś ostry, witalny numer, rytmiczny i rozwalający wszystko w magiczny, mieniący się delikatnie i opadający pył. Często towarzyszy temu chwilowa podróż, po miejscach w pamięci, ludziach, których się poznało, myśli o sensie i bezsensie, no i marzenia, te duże i małe. Ale utwór, który ostatnio przypomniał mi dlaczego, tak bardzo lubię inne utwory, to „Jeremy” Pearl Jamu, zrozumiałem wtedy, że to, co sobie cenię najbardziej w muzyce, to dramaturgia, i ona jest odpowiedzią na to, dlaczego nigdy współczesna muzyka pop mnie nie interesowała. Zastanawiałem się jak to połączyć z winem… Długo szukać nie musiałem. Otóż sporo w polskich sklepach jest win, które są dobre, po prostu dobre, przechodzą przez usta jak pocałunek na dobranoc, słodko i zdawkowo. To, co mnie porywa w winie, to jak rozłożone są akcenty i napięcie, tak jak w kawałku Pearl Jamu. Jest początek; jakieś stuknięcia, niezdecydowany, ale niepokojący bas, tak jakby to był raczej koniec niż początek, tak jest z niektórymi wybitnymi winami, tak np. zapowiadał się jeden Pommard, którego piłem; niewyraźny, zamknięty, ale… Drugi kieliszek, pęka - ciało się otwiera, ale ostrożnie, i w utworze pojawia się w końcu gitara i perkusja, która budzi kompozycję, wprowadza nas na pierwszy poziom, i zaczyna się opowieść o Jeremym. Po rozwinięciu mamy refren, pierwsze emocje mamy już za sobą, należy teraz tylko poszukać dalej, sięgnąć wyżej, by emocje znalazły swoje ujście, a my napełnili się muzyką i winem. Głębiej i głębiej, tak jak śpiew Eddiego Veddera i muzyka zespołu, która rośnie i opada. A kiedy w końcu całkiem się wyciszy, czujemy, że wyrwaliśmy jakiś kawałek ziemi i prawdy dla siebie, dlatego, że coś intensywnie przeżyliśmy. Stało się tak, bo coś miało swój początek, rozwinięcie i koniec. Tak więc, są na tym świecie rzeczy, które nie tylko radują zmysły, ale i duszę, są też wina i muzyka, które zapychają nas jak wata albo czynią z nas wydmuszki przez które wieje suchy i głuchy wiatr. Moda na łatwe i przyjemne utwory, i na płaskie, jednostajne wina bez dramaturgii.
Rock nie jest tylko wydarzeniem. Jest sposobem myślenia i przeżywania świata. Jest próbą zrównoważenia ducha i ciała. To bardziej wiara niż umysł, w to, że istnieje miejsce, w którym niewinni i nieskrępowani, możemy cieszyć się kawałkiem własnej ziemi.
Wino to siła, wino to pragnienie, wino to przyjaźń ze światem, innym człowiekiem, sobą samym. Wino to muzyka, którą można powąchać, dotknąć i połknąć. Wino to myśl, której nie da się utrwalić, ale można powtórzyć. Wino to brzeg oceanu, który można przybliżyć do ust.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PEARL JAM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PEARL JAM. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 26 czerwca 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)
